Mottem polskiego rynku muzycznego może być, bez wątpienia, wypowiedź jego autorytetu - Grzegorza Brzozowicza: Należę do tej grupy miłośników muzyki, których śmiało można nazwać kolekcjonerami. Wkładamy wiele wysiłku i funduszy, by zdobyć obiekt pożądania. Niestety, niepełna oferta naszych przedstawicieli zachodnich koncernów fonograficznych zmusza nas coraz częściej do kupowania płyt pirackich.
W całej Polsce, prawie czterdziestomilionowym kraju zjednoczonej Europy, na półkach sklepów muzycznych jest znacznie mniej tytułów niż w jednym paryskim Fnac czy wiedeńskim Virgin... Szok tym większy, iż wiele pożądanych CD trafia na polski rynek nawet po dziesięciu latach od światowej premiery. Absolutnym kontrastem do rynku fonograficznego jest ogromna wiedza połączona z kolekcjonerstwem i często zasobnością portfela polskich fanów, która trafia na kompletną indolencję i brak smaku ludzi decydujących o dystrybucji czy zaopatrzeniu naszych sklepów.
Polska jest też jedynym krajem na świecie, gdzie duża ilość polskich, naprawdę dobrych i poszukiwanych CD, ba, czasami o wielkim znaczeniu dla naszej kultury nigdy nie została „dopuszczona” do sprzedaży. Pozbawiony kapitału zagraniczny właściciel sklepów woli zamiast wartościowej pozycji polskiej umieścić na dość wąskiej półce tanią komercję, której na Zachodzie nie spotyka się już nawet na wyprzedażach. Nic dziwnego, że za taki chłam właściciel sklepu może płacić nawet po roku, na co często nie zgadza się polski wydawca. Przykładem niech będzie Polonia Records, która zdecydowała się wprowadzić sprzedaż za pośrednictwem kiosków „Ruchu” oraz drogą wysyłkową, pomijając zupełnie sklepy muzyczne, gdyż oferowane terminy płatności są zwyczajną lichwą, a pieniądze za dostarczone płyty były często nie do odzyskania, nawet na drodze sądowej. Śmiało można powiedzieć, że Polska jest jedynym krajem na świecie, gdzie, aby otworzyć sklep muzyczny wystarczy wynająć lokal, a wszystko inne sfinansują dostawcy. W tym miejscu wypadałoby tylko zaprosić inwestorów do stworzenia prawdziwego sklepu muzycznego, który w Polsce jest bardzo potrzebny.
Szef jednej z największych sieci sklepów muzycznych użala się, iż nie może przeprowadzić żadnego cyklicznego profesjonalnego szkolenia sprzedawców muzycznych w swoich salonach, gdyż właściwie co miesiąc spotyka nowych pracowników, których musi uczyć od podstaw! Niestety, nie dodał, iż w branży muzycznej średnia oferowanego wynagrodzenia najczęściej nie przekracza najniższych krajowych standardów (tysiąca złotych), a ludzie trafiający do sklepów traktują je jako przystań w znalezieniu kolejnej pracy.
Absurdy te podkreśla jeszcze bardziej fakt, iż w polskich sklepach jest najwyższa marża na świecie, a ceny płyt są tak wysokie i nieadekwatne do przeciętnego polskiego wynagrodzenia, że ludzie decydują się na kupowanie pirackich płyt.
Stan powyższy dopełnia obraz polskiego dystrybutora. Najczęściej to zupełnie przypadkowy handlarz, prezentujący lichą znajomość rynku muzycznego, posiadający biuro i magazyn w domu, jeżdżący z torbami od sklepu do sklepu, wciskający często zupełnie przypadkowe, zakupione na wyprzedażach, płyty. Jedyną „kreatywnością” w tym biznesie jest jednorazowy szybki zysk. Nadal silnie uczestniczą w rynku byli przemytnicy, dla których niegdyś piloci samolotów przewozili dziesiątki tysięcy płyt bez faktur i cła.
Promocja w przypadku tych ludzi kończy się na wstawieniu CD na sklepową półkę, a samplery i materiały promocyjne otrzymane czasami od zagranicznych wydawców można zakupić na bazarze lub w second-handach.
Brzozowicz, członek establishmentu polskiego show-biznesu, w styczniu 1998 roku, w nieistniejącym już czasopiśmie „Machina” pisał: Żaden rynek nie uznaje pustki. Wie o tym doskonale rosyjski producent pirackich płyt kompaktowych. Kupiłem więc nielegalne wydania płyt argentyńskiego bandeonisty Astora Piazzolli, wczesne albumy Johna McLaughlina, pierwsze dwie płyty UFO, Anthology niemieckiej formacji Can i rewelacyjną Historię rapu przygotowaną przez Rhino. Ponad pięć lat minęło, wszystko nadal jest aktualne z wyjątkiem jeszcze większego zubożenia rynku.
Tak zorganizowany rynek muzyczny wyhodował świetnie prosperującą korupcję. Właściwie tylko losowy przypadek może doprowadzić do niezależnej recenzji dobrej płyty w czasopiśmie, nie mówiąc już zupełnie o TV czy radio. Stało się zwyczajem, iż niektórzy dziennikarze za recenzję przyjmują stary sprzęt hi-fi i inne gadżety. Niesprostanie wymogom takiego „fachowca” często prowadzi do negatywnych opinii nawet na temat dobrego projektu.
Walka o rynek najsilniejszych ociera się o działania mafijne. Kuriozum stanowi ZPAV, który organizując Fryderyki (pomijając absurdalne manipulacje i wyuzdane, zakontraktowane gwiazdy) potrafi wydać piracką płytę, nomen omen sąsiadując z International Federation of Phonographic Industry (IFPI), organizacją do zwalczania piractwa.
Jednym z ważniejszych elementów wyniszczania rynku fonograficznego jest zniewolenie, choćby poprzez wymuszanie haraczy w postaci opłat za hologramy. Ogromne, nieuzasadnione kwoty, które ściągają ZAIKS i ZPAV pod płaszczykiem kontroli rynku, budzą sprzeciw wszystkich z wyjątkiem piratów, dla których zakupiony hologram stanowi pewnego rodzaju gwarancję nietykalności. Przykładem może być choćby Polskie Radio, które za kradzione nagrania umieszczone w „Antologii jazzu według Borkowskiego” otrzymało także Fryderyka! Gdyby podobnie uczynił niezależny wydawca zostałby zgnębiony rewizjami, publicznym napiętnowaniem i ciężkimi karami.
We „Wprost” (20 luty 2005) Brzozowicz pisze: Żadna z premierowych płyt sprzedawanych w naszym kraju w 2004 roku nie osiągnęła stutysięcznego nakładu. To był smutny rekord III RP. I nic dziwnego: wyniki preeliminacji do konkursu Eurowizji i nominacje do Fryderyków dowodzą, że nasza branża muzyczna dąży do samozagłady. Trzeba sobie zadać pytanie, czy może być jeszcze gorzej? Na pewno będzie. Zawiść, amatorstwo i wielka bieda prowadzi nasz przemysł muzyczny do ruiny ku uciesze niewielu osiłków, dla których czym gorzej, tym lepiej.
I przykład już zupełnie z ostatniej chwili. Możdżer nie został zakwalifikowany do Fryderyków przez swoich kolegów muzyków, dorabiających jako organizatorzy. W każdej innej dziedzinie, choćby w sporcie, w podobnej skandalicznej sytuacji bez wątpienia środowisko zbojkotowałoby tego rodzaju hochsztaplerstwo i zawiść.
Już na marginesie - wśród manipulantów Fryderykowych (zwanych w branży „klubem twardogłowych KC”) są takie jazzowe miernoty, dla których wydanie własnej płyty jest praktycznie niemożliwe, a aktywność artystyczna ogranicza się do kilku koncertów w roku. Pieczę nad tym sprawuje protegowana Marka Niedźwiedzkiego - Alina Dragan, która z muzyką, a z jazzem na pewno, nie posiada nic wspólnego.

Bogdan Zych



Hologram SPAV-ZAIKS to
doskonała ochrona dla
piratów, którzy chyba jako
jedyni kupują ten fajans bez
sprzeciwu.
Wszystkie inne
wydawnictwa czynią to pod
przymusem, często
z nadzieją uniknięcia
kontroli i prześladowań.
Zyski z tego haraczu są
przeznaczane m.in. na
organizację Fryderyków.
„Gwiazdy”, które często
i namiętnie przyjmują
zmanipulowaną statuetkę
to również uczestnicy tego
procederu.

Pamiętaj
hologram SPAV-ZAIKS
nie daje pewności, iż płyta
jest legalna.


strona główna cofnij do góry

Copyright © 2005 Polonia Records. Wszystkie prawa zastrzeżone. Realizacja: Bull Design.